Aktualności


Ukraina - Huculszczyzna


26.07-03.08.2019r.
26.07 -  piątek  zbiorka o 5 rano. Pakujemy rowery, bagaże i siebie. Wyruszamy. Po drodze w Trawnikach „zgarniamy” Grzegorza, jeszcze jednego rowerzystę, który będzie z nami jeździł. Wyjazd tym razem zorganizowało nam Bełżyckie Towarzystwo Narciarskie. Jedzie z nami Lubomir, szef naszego wyjazdu, a z nim, Alicja, Przemek, Franek i Paweł – jak się później okaże, nie tylko są narciarzami ale też wspaniałymi rowerzystami. Z Bankowego Towarzystwa Rowerowego jadą: Grzegorz, Krzysztof, Stanisław, Gabriela, Ania, Wojciech, Piotr, Jarek, Kuba, Andrzej, Darek i Aldek. Od organizatora otrzymujemy niebieskie, firmowe koszulki Bełżyckiego Towarzystwa Narciarskiego – dziękujemy.
W autokarze świętujemy imieniny Ani i Krzysztofa. Dostali upominki od BTN i BTR. Jazda jest długa. Na granicy stoimy ok 2 godzin, ale samo przekroczenie granicy przebiega sprawnie. Po drodze zwiedzamy Drohobycz – miasto „sklepów cynamonowych” . Nie mamy wiele czasu, ale udaje nam się zajrzeć na rynek oraz do kościoła rzymskokatolickiego pod wezwaniem św. Bartłomieja,
„... wybudowany w końcu XIV wieku w czasach panowania króla Kazimierza Wielkiego. Potężna budowla posiada części romańskie i gotyckie. Obok zlokalizowana jest ufortyfikowana dzwonnica, która pełniła funkcje obronne w czasie wojny. Początkowo kompleks kościelny był otoczony potężnym murem i wałem ziemnym, który został zlikwidowany przez władzę Austro-Węgier w XIX wieku. W czasach powojennych kościół został zamieniony na skład soli, co doprowadziło do dużej degradacji wnętrza. Kościół usytuowany w centrum przy Rynku, jest jednym z głównych zabytków Drohobycza....”( http://www.nieznanaukraina.pl/1189/drohobycz/) Do miejsca docelowego – Tatarowa docieramy trochę później niż było planowane, ok. 21, gdzie nasi gospodarze Lila i Igor przygotowali nam kolację. „Tatarow to niewielka wypoczynkowa miejscowość na Ukrainie, w Iwanowsko-Frankowskiej obłasti. Szczyci się położeniem w centrum Karpat i właściwościami powietrza, które sprzyjają leczeniu gruźlicy, astmy i wielu innych chorób górnych i dolnych dróg oddechowych. Pierwsze wzmianki o Tatarowie pojawiają się już w XVIII wieku, w XIX wieku miejscowość znana była już jako kurort. Zaś dziś tablice powitalne przy wjeździe do Tatarowa informują o początkach sięgających XVII wieku. Niewykluczone jednak, że zgodnie z miejscową legendą, która, przekazywana w różnych wariantach, wskazuje na związek miejsca z Tatarami, historia sięga jeszcze głębszej przeszłości. Tatarow był przed II wojną światową polskim kurortem, którego sława rozciągała się podobno nie tylko do Lwowa ale i do Krakowa, a nawet Wiednia. O polskim wątku przypominają dziś tylko gdzieniegdzie stare i mocno już nadgryzione zębem czasu drewniane wille przywołując nieco wspomnienie zakopiańskich ulic. W samym Tatarowie jest ich zresztą niewiele, kilka znajduje się w nieodległym miasteczku Worochta.” (https://www.tolerancja.pl/?o-huculskim-tatarowie,141)
Idziemy spać. Pokoje ładne, czyste, z telewizorem i łazienką, na holu lodówka, czajnik. Nic nam więcej nie potrzeba .... Jutro w planie Jaremcze.
 
 
27.07 sobota - Śniadanie 8.30, składamy rowery i ok. 11.00 wyruszamy. Zbaczamy z drogi do Jaremczy (ok. 6 km w górę) żeby zobaczyć malowniczy wodospad. Wracamy tą samą trasą, a więc piękny 6 km. zjazd do głównej drogi i dalej już prosto do Jaremczy. Po drodze zajeżdżamy też do lokalnego browaru (których jest tutaj kilka), gdzie można skosztować lokalnie produkowanego piwa, kwasu chlebowego, zakupić przeróżnych suszonych ziół. Na przedmieściach Jaremczy, podziwiamy z mostu malowniczą rzekę Prut.
„Jaremcze (ukr. Яремче) – miasto na Ukrainie, na prawach rejonu, w obwodzie iwanofrankiwskim, nad rzeką Prut, 66 km od Iwano-Frankiwska, 525 m n.p.m., 7,8 tys. mieszkańców (2001). Założone w 1787 roku, prawa miejskie nadane zostały w 1963 roku. W II Rzeczypospolitej miejscowość była siedzibą gminy wiejskiej Jaremcze w powiecie nadwórniańskim województwa stanisławowskiego. W okresie przedwojennym (w granicach Polski) Jaremcze było jednym z najpopularniejszych i najlepiej zagospodarowanych kurortów zimowych (dwa hotele, pensjonaty, wille), nie ustępując popularnym w tym okresie Zakopanemu i Krynicy. Przylgnęła wówczas do miasta nazwa Perły Karpat. Nad przepływającą rzeką Prut wznosi się most kolejowy o wysokości 28 m. Pierwotny most kamienny z lat 1894-96, zniszczony podczas I wojny światowej, został zaprojektowany przez polskiego inżyniera budownictwa Stanisława Kosińskiego i posiadał największą w ówczesnej Europie rozpiętość głównego łuku – 65 metrów (spotyka się też liczbę 67,62 m). Z tego też względu okrzyknięto go mianem najszczytniejszego dzieła architektoniki drogowej na ziemiach polskich. Most zaprojektowany przez Kosińskiego był wzorem dla budowniczych alpejskich tras kolejowych. W mieście znajduje się XVIII-wieczna cerkiew św. Jana Miłościwego. W 1928 r. Jaremcze zostało uznane za uzdrowisko posiadające charakter użyteczności publicznej. 14 grudnia 2006 roku Parlament Ukrainy oficjalnie zmienił nazwę miasta z Jaremcza na Jaremcze. Decyzja została podjęta po przeprowadzonym wcześniej referendum wśród mieszkańców miasta, jak również rekomendacji władz miasta i władz obwodu iwanofrankowskiego. Miasto jest obecnie głównym ukraińskim ośrodkiem wypoczynkowo-sportowym Karpat Wschodnich. W Jaremczu swoją siedzibę mają władze Karpackiego Parku Narodowego” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Jaremcze) „Uzdrowiskowa kariera tej huculskiej wioski położonej w malowniczej karpackiej dolinie Prutu na wysokości 500 – 600 m n.p.m. rozpoczęła się po wybudowaniu w latach 1890 – 1895 roku linii kolejowej ze Stanisławowa, obecnie Iwano – Frankiwśka, do Woronienki. I rozwinęła na początku, a zwłaszcza zaś w latach 30-tych XX wieku, gdy około 10-tysięczne dziś Jaremcze i pobliska Worochta, stało się obok, Krynicy najpopularniejszym polskim uzdrowiskiem górskim.” (http://www.globtroter.info/europa-artykuly/83-ukraina/2421-ukraina-jaremcze-perla-wschodnich-karpat)
Na obiad pierogi z jagodami w pierogarni, zwiedzamy miasteczko. Spotkaliśmy turystę - Ukraińca – który przyjechał tu z Donbasu. Opowiadał, że w jego miejscowości tworzy się grupa rowerowa, ale są dopiero początkującymi rowerzystami. Wspólne zdjęcie, wymieniliśmy się adresami z nadzieją na nawiązanie i utrzymanie kontaktu. Trafiliśmy na lokalne święto. Bardzo dużo ludzi, występy zespołów folklorystycznych, wspaniały korowód, gdzie każda „gmina” miała swoją reprezentację, mieszkańcy ubrani w lokalne, ludowe stroje. Wspaniały widok. Robimy mnóstwo zdjęć. Powrót do Tatarowa tą samą drogą – trochę uciążliwą, bo dość duży ruch samochodowy, ale widoki rekompensują wszystko. Kolacja – gospodyni nas rozpieszcza – i idziemy spać.
 
 
 28.07 – niedziela dzisiaj w planie Worochta i Wierchowina; 8.30 śniadanie, 9.00 wyruszamy. W Polsce międzywojennej Worochtę nazywano drugim Zakopanem. Skocznia czasy swojej świetności już dawno ma za sobą, choć podobno w zimie jeszcze funkcjonuje. „Miłośnicy skoków narciarskich, szczególnie popularnych współcześnie dzięki osiągnięciom Adama Małysza, mogą być zaskoczeni informacją, że ich polską kolebką było nie Zakopane, nie mówiąc już o Wiśle, ale Wschodnie Karpaty. Pierwsze na ziemiach polskich zawody w tej dyscyplinie odbyły się bowiem w 1907 roku w Sławsku (Sławsko, po ukraińsku Sławśke, w rejonie (powiecie) skolskim, obwodzie iwano-frankiwśkim obecnie na Ukrainie, przed wojna lwowskim). Zaś pierwszą skocznię narciarską z prawdziwego zdarzenia zbudowano w 1922 r. w Worochcie nad Prutem na Pokuciu, na pograniczu Gorganów i Czarnohory. Przy czym nad, biegnącą pod nią… linią kolejową.” (http://www.globtroter.info/europa-artykuly/83-ukraina/2427-ukraina-worochta-kolebka-polskich-skokow-narciarskich)
Naszym celem w Worochcie jest kościół, gdzie spotyka się garstka katolików, Polaków. Mszę odprawia polski ksiądz. W porównaniu do niewielkiej grupy miejscowych parafian i turystów nasze żółte koszuli są mocno widoczne. Ksiądz celebruje mszę częściowo po polsku częściowo po ukraińsku; śpiewamy polskie pieśni religijne - miejscowi po ukraińsku, a my po polsku (melodia jest taka sama). Jesteśmy głęboko poruszeni, są łzy wzruszenia, po mszy mieszkańcy żegnają się z nami. Jedziemy dalej do Wierchowiny. Przy wyjeździe z Worochty mijamy pomnik ufundowany przez Polaka, „ku pamięci” 42 Polaków, zamordowanych mieszkańców Worochty; jeszcze cerkiew (do której chadzają również kozy 😊 – na zdjęciu) i dalej długi podjazd na przełęcz po dość dziurawej, ale za to mało uczęszczanej drodze. Na szczycie odwiedzamy miejscowy sklep, w którym raczymy się również kwasem chlebowym z beczki; charakterystyczna „kasa fiskalna” ma postać klasycznych liczydeł. Dalej do samej Wierchowiny jest już tylko z góry; zaczyna padać deszcz i to dość intensywnie.
„W zachodniej części Ukrainy (Pokucie), na obszarze Karpat Wschodnich, rozciąga się Huculszczyzna – region obejmujący pasmo Czarnohory oraz dolinę Prutu i Czeremoszu. U podnóża gór, nad Czarnym Czeremoszem (dopływ Prutu), leżała wzmiankowana już w 1424 roku ogromna osada wiejska Żabie, którą tradycyjnie uznawano za huculską stolicę. Mieszkańcami tych terenów byli i są Huculi, górale pochodzenia ruskiego i wołoskiego, twórcy niezwykle inspirującej i oryginalnej kultury, wyróżniający się wyglądem, strojem, obyczajami i uzdolnieniami artystycznymi. Obszar ten należał przed wiekami do Księstwa Halickiego, a później, w latach 1340 – 1772, znajdował się w granicach Królestwa Polskiego (ziemia halicka, województwo ruskie). Następnie, w wyniku rozbiorów, trafił pod panowanie austriackie, stanowiąc część Królestwa Galicji i Lodomerii. Po I wojnie światowej powrócił do Polski (powiat kosowski, województwo stanisławowskie), aby w wyniku zmian granic dokonanych po II wojnie światowej znaleźć się na terytorium ZSRR. Obecnie należy do niepodległej Ukrainy (rejon wierchowiński, obwód iwanofrankowski). Dawne Żabie jest teraz osiedlem miejskim i od 1962 roku nosi nazwę Wierchowina. Ma ok. 5,5 tys. mieszkańców.” (https://www.ekologia.pl/styl-zycia/podroze/krajobrazy-utracone-zabie-huculska-stolica,16520.html)
Na szczęście teraz mamy w planie wizytę „u Kumłyka” w muzeum, więc deszcz nam nie przeszkadza.
„Roman Kumłyk to postać tak niezwykła, jak niezwykłe jest jego muzeum. Urodził się w 1948 roku na Huculszczyźnie. Jego rodzice podzielili los innych sowieckich zesłańców, więc wychowywał się u krewnych. Na Krymie zdobył zawód elektryka oraz ukończył średnią szkołę muzyczną. Po ośmiu latach powrócił na Huculszczyznę i osiadł na stałe w Werchowynie. Tu też założył muzeum regionalne, w którym od wielu lat gromadzi eksponaty związane z Huculszczyzną. W 1991 roku założył kapelę ludową „Czeremosz” (Werchowyna leży nad Czarnym Czeremoszem, dopływem Prutu), która łączy muzykę Huculszczyzny oraz sąsiedniej Bukowiny, Zakarpacia i Rumunii. W Polsce ukazały się dwa albumy „Czeremosza”, a sam zespół wielokrotnie gościł w naszym kraju (m.in. na Festiwalu Huculskim w Krakowie i Mikołajkach Folkowych w Lublinie). Sam Kumłyk współpracował z Radiowym Centrum Kultury Ludowej (jednostka Polskiego Radia, przygotowująca audycje dla Radiowej Jedynki i Dwójki), Ośrodkiem Praktyk Teatralnych „Gardzienice” pod Lublinem (eksperymentalny teatr antropologiczny) oraz Filharmonią Warszawską i Lubelską.” (http://wilkizajacnatropie.blogspot.com/2012/08/muzeum-romana-kumyka-w-werchowynie.html)
Pan Roman już nie żyje, ale jego pasje pielęgnuje córka; ciekawie opowiada nam o życiu i dokonaniach swojego ojca, huculskich tradycjach, strojach, instrumentach. Sama potrafi zagrać na wszystkich, znajdujących się w muzeum instrumentach; nas również zachęca do gry na niektórych, ale mimo szczerych chęci i wielu prób, nie bardzo nam to wychodzi; za to przymierzanie kapeluszy .... całkiem nieźle. Nadal pada; jedziemy na obiad do miejscowej restauracji „Wierchowina”. Udało nam się smacznie zjeść, choć nie każdy otrzymał to, co wydawało mu się, że zamawiał 😊.
Pada – podejmujemy decyzję, że część osób wraca busem, a część rowerami (ok. 70 km z perspektywą wspinaczki na przełęcz). Nie było jednak tak ciężko jak mogłoby się wydawać na początku. Zaraz za Wierchowiną przestało padać, a przełęcz wcale nie była tak wysoko jak nam się wydawało. Grupa rowerowa, dociera do Tatarowa, niespełna godzinę po powrocie grupy „busowej”. Kolacja i szybko do pokoi, bo jutro trzeba wstać rano na pociąg (o 7.30) i zapakować się na 3 dni w góry.
 
 
29.07 – poniedziałek Pobudka o 6 rano, śniadanie „na wynos” , jedziemy na pobliski dworzec pkp. Pociąg jest opóźniony, wiec cierpliwie czekamy. Budynek dworcowy, kiedyś musiał być przepiękny, teraz zaniedbany, obdrapany i wygląda jak opuszczony dworek; przed budynkiem pasą się konie; Jedzie z nami Igor, dołącza do nas Jurij, a w pociągu czekają już na nas nasi górscy przewodniczy Bogdan i Aleksiej, którzy pomagają nam zapakować się z rowerami do pociągu. Ok. 2 h jedziemy do Rachowa; jemy, śpimy, podziwiamy krajobrazy.
„Rachów (ukr. Рахів, rus. Рахово, ros. Рахов, rum. Rahău, węg. Rahó, słow. Rachov, jidysz Rachew lub Rachyw) – miasto powiatowe w obwodzie zakarpackim Ukrainy. Liczba mieszkańców - 17,0 tys. (2010), powierzchnia - 5,24 km2. Leży na wysokości 430 m n.p.m., na południowych stokach Beskidów Połonińskich, w dolinie Cisy, u zbiegu tworzących ją Czarnej i Białej Cisy, między pasmami Świdowca i Czarnohory. Według ukraińskiego spisu powszechnego Rachów jest zamieszkany głównie przez Ukraińców (w tym Rusinów) (76%), liczni są Węgrzy (12%), Rosjanie (5%) i Rumuni. Przez miasto przebiega droga regionalna R03 z Mukaczewa do Stanisławowa i równoległa do niej linia kolejowa. 19 km na południe od miasta znajduje się kolejowe przejście graniczne Diłowe - Valea Viseului. W mieście działają zakłady meblarskie, oprócz tego produkuje się wodę mineralną.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Rach%C3%B3w_(Ukraina))
W Rachowie robimy zakupy, pakujemy nasze bagaże na samochód i jedziemy na rowerach ok. 20 km. do początku naszego górskiego „rowerowego” ??? szlaku. Po drodze robimy zdjęcia przy obelisku ustawionym w miejscu geometrycznego środka Europy. Przed rozpoczęciem podjazdu meldujemy się na przygranicznym posterunku (znajdujemy się w strefie przygranicznej), gdzie panowie mundurowi sprawdzają nas i nasze paszporty, z trudem rozpoznając nas po zdjęciach i odczytując nazwiska. I tu rozpoczyna się największa przygoda naszego wyjazdu. Pierwsze 5 km – lajcik; delikatnie pod górę, wzdłuż strumienia spływającego z gór. Im dalej tym trudniej; kamienie, osuwiska, strumienie, wyrwy, koleiny i stromo, coraz bardziej stromo... Za nami z bagażami jedzie ZiŁ... „ZiŁ (ros. ЗиЛ, skrót od Завод имени Лихачёва; Zakład imienia Lichaczowa) – radziecki, a następnie rosyjski producent samochodów ciężarowych, autobusów oraz samochodów luksusowych i opancerzonych dla dygnitarzy. .... Najsłynniejszym produktem wytwarzanym pod marką ZiS była trzytonowa ciężarówka ZiS-5. Powstała na bazie produkowanej wcześniej AMO-3, wyposażona w silnik benzynowy o pojemności 5555 cm³ i mocy 73-76 KM przy 2400 obr./min. Dzięki swej prostej konstrukcji i niezłym osiągom szybko stała się najliczniej produkowanym samochodem ciężarowym w ZSRR. Tylko w Armii Czerwonej służyło przed II wojną ponad 100 tys. sztuk” https://pl.wikipedia.org/wiki/Zi%C5%81
Żaden inny samochód (oprócz dużych terenowych) nie dałby rady wyjechać na przełęcz. Niektórzy z rowerzystów, razem z rowerami decydują się na ten transport. Potem twierdzą, że wrażeń z tej podróży nie da się opisać, a nawet gdyby, to nikt w nie nie uwierzy 😊
Grupa rowerowa z przewodnikiem Bogdanem: jedziemy, a właściwie to przez co najmniej 10 km pchamy rowery. Brakuje tchu, nogi odmawiają posłuszeństwa, często musimy przystawać i odpoczywać, wodę pijmy ze strumieni bo zapasy się już skończyły. Po drodze mija nas ZiŁ z rowerami i drugą częścią grupy, potem my znowu mijamy ZiŁA. Docieramy na przełęcz; widoki zapierają dech w piersiach i wynagradzają wysiłek; dalej jeszcze kilka kilometrów ale już na rowerach; z góry, pod górę ... Mijamy bacówkę; baca próbuje jeździć na rowerze najpierw na bosaka, później w gumowcach, a w zamian za to nasz rowerzysta jeździ na koniu ... Ruszamy do schroniska, już je widać w oddali. Docieramy na miejsce. Po 5 min zaczyna padać deszcz, najpierw delikatnie, ale za chwilę jest coraz bardziej intensywny i przeradza się w burzę z piorunami. Czekamy na ZiŁA z naszymi rowerzystami. Na początku dowcipkujemy sobie, że jak ich troszkę zmoczy to będzie zabawnie, ale już za chwilkę zaczynamy się martwić. Leje, momentami pada grad, błyska się, grzmi, a ich ciągle nie ma. Z tego co znaleźliśmy w schronisku pomagamy Bogdanowi upichcić jakiś posiłek, trzeba napalić w piecu, nastawić wodę na herbatę, bo na pewno będą mokrzy i zmarznięci. Docierają do schroniska prawie dwie godziny po nas! Zmarznięci, mokrzy ... nie mają ochoty na żarty 😊
Grupa rowerowa na ZiLE z przewodnikiem Alieksiejem, Igorem i Jurym. W miejscu gdzie minęła ich grupa na rowerach, czekali prawie dwie godziny na dwóch naszych delikwentów, którym podobno umknął ZiŁ i nie zdążyli na niego wsiąść. Ruszyli jak już zaczął padać deszcz. Bardzo stromo, mokro, ślisko, głazy i koleiny na drodze. Rowery skaczą na pół metra do góry, gałęzie smagają po głowie, drewnianej ławki, której trzeba mocno się trzymać aby nie wypaść, nikt nie heblował... I leje, błyska się i grzmi. ZiŁ co jakiś czas musi się zatrzymywać, bo w chłodnicy gotuje się woda, musi się „rozbujać” na stromym podjeździe, aby pokonać głaz, gaśnie, a kierowca próbuje zapalić go na wstecznym biegu. Co niektórzy z ławki siadają na podłodze, aby już nic nic widzieć 😊 To wszystko nie wygląda dobrze. W końcu docierają do schroniska, twierdząc, że rowery to już się na pewno do jazdy nie nadają. Okazuje się później, że nie jest aż tak źle. Trochę poobijane, w niektórych powyłamywane szprychy i scentrowane koła, ale generalnie jeździć można. Bagaże mokre. Powoli humory wracają.
Wieczorem biesiadujemy przy palącym się w piecu ogniu i dzielimy się wrażeniami, śpiewamy, są i tańce ... Lubomir opowiada, jak to upadł na plecy przy podjeździe (na szczęście oprócz stłuczeń nic się nie stało), potem złapał gumę ... Wspominamy też Jacka i Patryka, którzy 29 lipca 2013r. zginęli tragicznie w czasie naszego powrotu z Rumunii.
 
 
30.07 – wtorek  dzielimy się na grupy: cześć zostaje w schronisku żeby odpocząć, część idzie pieszo na górę
„Pop Iwan (ukr. Піп Іван, Pip Iwan) – trzeci co do wysokości (po Howerli i Brebeneskule) szczyt na południowo-wschodnim krańcu pasma Czarnohory - 2022 m n.p.m.. Od sąsiedniego Stogu, leżącego już w Górach Czywczyńskich oddzielony jest Przełęczą Szybeńską”. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Pop_Iwan_(Czarnohora)) , a część jedzie rowerami ok. 7 km, a następnie wspina się na górę „Petros (ukr. Петрос) - szczyt w Beskidach Wschodnich. Jeden z najwyższych (czwarty w kolejności) szczytów Ukrainy (2020 m n.p.m.). Położony między górą Szeszuł a Howerlą. Porośnięty w większości roślinnością subalpejską oraz pasami kosodrzewiny i lasu świerkowego.” (https://pl.wikipedia.org/wiki/Petros_(Czarnohora)) Wrażenia niesamowite, przepiękne krajobrazy, przyroda, jagodziska, konie pasące się luzem w górach, brak zasięgu, telewizji, Internetu, gazet, sauna w której trzeba sobie samemu drzewem napalić, a potem kąpiel w górskim strumieniu; na śniadanie kuskus, na obiad kuskus, na kolację kuskus 😊 .... może byśmy zostali tu na zawsze ...?
 
 
31. 07 – środa Dzisiaj wszyscy się trochę denerwują; całą noc padało, a przed nami ekstremalny zjazd w dół; jedziemy, czasem prowadzimy, jest trochę niebezpiecznie; po drodze dwa kapcie, dwie wywrotki na rowerze i po ok. 1,5 h wszyscy cali i zdrowi docieramy na dół. Przerwa pod sklepem i dalej jedziemy 20 km rowerami do Rachowa. Po drodze myjemy rowery na myjni samochodowej i w Rachowie jemy obiad. Tu dzielimy się na dwie grupy. Okazuje się, że nie ma pociągu powrotnego do Tatarowa, więc cześć z nas wraca busem a część rowerami. Po drodze mokniemy, suszymy, się i znowu mokniemy, ale do Tatarowa docieramy wcześniej niż bus. Zmęczeni mamy zamiar iść spać.
Ale nieeeee.... nasz Organizator zaplanował dla nas uroczystą kolację. Przysmaków co niemiara, tańce, toasty, gdzieś tak około 1 godziny udajemy się do pokoi. Jutro dzień bez rowerów.
 
 
01.08 – czwartek Autokarem jedziemy do Zaleszczyk – przedwojennego polskiego kurortu.
„Do historii przeszły jako miasto graniczne, przez które jakoby rząd II RP ewakuował się we wrześniu 1939 r. do Rumunii. A przecież w przedwojennej Polsce spalone słońcem Zaleszczyki w pełni zasługiwały na miano rodzimej Riwiery. Fenomen Zaleszczyk wiele ma wspólnego z ich położeniem. Miasto znajduje się w zakolu potężnego Dniestru; oblewane z trzech stron (od zachodu, południa i wschodu) wodami rzeki przybrało kształt półwyspu lub – jak mówili Kresowiacy – rondla. W II Rzeczpospolitej Zaleszczyki były grodem granicznym. Drogą lądową można było dojechać tu tylko od strony północnej, od Tarnopola i Czortkowa, a na południe wyjechać jedynie przez most na wysokich przęsłach, wówczas prowadzący do Rumunii. Drugi brzeg Dniestru, mocno zalesiony, zwany bukowińskim, wznosi się na niemal 300 m nad poziom rzeki, dzięki czemu doskonale osłania miasto od wschodnich, zimnych wiatrów. Następstwem tego układu geologicznego jest klimat Zaleszczyk, który obrósł legendą. „Lato — pisała poetka Maria Jasnorzewska-Pawlikowska – odchodziło stamtąd leniwie, przeciągając się jak kot, a wracało szybko pikującym lotem jaskółki”.”(https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1719128,1,zaleszczyki-przedwojenny-kurort-z-dramatyczna-historia-w-tle.read)
 Po drodze zabieramy naszego przewodnika Pana Leona, Polaka, który mieszka w Stanisławowie. Z dawnej świetności Zaleszczyk nie pozostało już nic. Szaro, buro, głośno, zaniedbany park, nigdy nie remontowany pałac. Panorama Dniestru, Zaleszczyk, mosty i opowieści Pana Leona przypominają o dawnej sławie i świetności tego uzdrowiska. W Zaleszczykach nie ma nawet lokalu, w którym można byłoby zjeść coś fajnego. Trafiamy jedynie do baru w którym serwują nam „coś w rodzaju” zupy grzybowej, pielmieni, ale można za to napić się kwasu chlebowego i lemoniady z beczki. Wracamy autokarem do Tatarowa; Pan Leon ma tak ogromną wiedzę, jest takim wielkim pasjonatem, że całą drogę powrotną snuje opowieści, wspomina swoje dzieciństwo, młodość na tle dziejów i historii tych miejsc.
 
 
02.08 – piątek Dzisiaj śniadanie trochę później, bo nie mamy zbyt wiele km do przejechania. Jedziemy 15km do Bukovela, stolicy narciarskiej Huculszczyzny. To tu organizuje swoje narciarskie wyjazdy Bełżyckie Towarzystwo Narciarskie.
"Bukowel (ukr. Буковель) – ośrodek narciarski na Zachodniej Ukrainie, w obwodzie iwanofrankiwskim, niedaleko miejscowości Polanica, należącej do miasta Jaremcze. Kurort położony jest około 250 km od granicy z Polską, 30 km od miasta Jaremcze i 100 km na południowy-zachód od Iwano-Frankiwska. Leży na stokach trzech gór: Bukowel (1127 m), Czarna Klewa (1246 m) oraz Dowga (1372 m). Ośrodek narciarski Bukowel jest usytuowany na trzech górach, dzięki czemu kompleks narciarski ma 65 km tras o wszystkich poziomach trudności, o długości od 300 do 2350 m i spadku od 40 do 285 m. Trasy przebiegają po stokach specjalnie wyposażonych w podłoże trawiaste, armatki śnieżne i osłony przeciwsłoneczne. Trzy stoki są oświetlone. Jednocześnie na stokach kompleksu może jeździć do 15000 osób. 16 wyciągów ma łączną przepustowość 34700 osób na godzinę (13 krzesełkowych, 1 talerzykowy, 2 multiwindy). W ośrodku działa szkoła narciarska i snowboardowa Bukovel Ski School, założona w 2001. Bukovel Bike Park jest wyposażony w trasy dla różnych dyscyplin kolarstwa górskiego, cross-country, downhill. Oferuje 10 tras o różnym poziomie trudności i długości: od tras przeglądowych do downhill i Super D. Łączna długość tras dla jazdy na rowerze to 46,7 km, a długość tras dla szybkiego zjeżdżania - 4,7 km. Odbywają się tu: Bukovel Grand Bike Fest, mistrzostwa Ukrainy w downhill, Bukovel DH." (https://pl.wikipedia.org/wiki/Bukowel)
Na miejscu Lubomir zaprowadza nas do znajomych, którzy sami produkują koniaki, wina, nalewki, piwa, kwas chlebowy itp. Przed zakupem wszystkiego można pokosztować ... nie zostajemy tu długo bo zwiedzanie Bukovela mogłoby zakończyć się w tym miejscu 😊
Mamy czas wolny; każdy robi to na co ma ochotę; korzystamy z parku wodnego, niektórzy wyjeżdżają z rowerem wyciągiem, aby później zjechać na rowerze specjalnie przystosowana do tego trasą zjazdową, jemy bryndzę i inne miejscowe przysmaki, robimy zakupy, bo to ostatnie miejsce i czas, gdzie można kupić pamiątki dla siebie i bliskich. Jutro przecież wracamy do Polski. Ponieważ Lubomir, nasz organizator wyprawy, kolekcjonuje biała broń, w drodze powrotnej kupujemy dla Niego drewnianą szablę 😊 na której podpiszemy się wszyscy i wręczymy, aby podziękować za wspaniały wyjazd. Zbieramy też bukiet polnych kwiatów, aby podziękować Lidii za gościnę, pyszne śniadania i obiadokolacje. Co też wieczorem czynimy. Nie ma końca dowcipom, opowieściom. Ania i Gabrysia, jako nieliczne z kobiet w tym gronie, nie zapominając oczywiście o Alicji z BTN, otrzymują również praktyczne 😊 gadżety od BTN.
Pora się pakować. Rano ruszamy w drogę powrotną do domu.
 
 
03.08 – sobota startujemy po śniadaniu o 8.00. Pada deszcz, Ukraina żegna na płaczem. Igor – właściciel pensjonatu „Fajny” w którym mieszkaliśmy, mówi, że miejscowy zwyczaj stanowi, iż to dobry znak, że przed wyjazdem i długą podróżą pada deszcz. W planie, po drodze, mamy jeszcze odwiedziny u Pana Leona w Stanisławowie. Pan Leon oprowadza nas po mieście, po cmentarzu, po kościołach, cerkwiach, snuje opowieści o każdej z mijanych kamienic. Wszędzie ślady Polski. Na koniec prowadzi nas pod pomnik Adam Mickiewicza „rozbrajając nas zupełnie”, podsumowaniem, że tutaj każdego roku 11 listopada spotykają się Polacy którzy zamieszkują Stanisławów i śpiewają wspólnie „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród ....” Jeszcze tylko obiad w miejscowej restauracji i ruszamy dalej do przejścia granicznego w Rawie Ruskiej. Przekroczenie granicy zajmuje nam ok. 4 godzin, do Nałęczowa zmęczeni docieramy dobrze po północy. Szkoda, że to już koniec. Już snujemy plany na przyszłoroczny wyjazd ... może Gruzja, a może jeszcze raz Ukraina ....
 




wstecz


Ukraina - Huculszczyzna
26.07-03.08.2019r.

Kozłówka
07.07.2019r.

Niedzielny wypad do Janowa Lubelskiego
2019.06.09

Pomorze
2019.05.25

Otwarcie sezonu - Zelew Zemborzycki
14.04.2019r

Bełżyce i okolice
2019.04.07

Kazimierz
2019.03.31

Walne Zebranie Członków BTR
22.03.2019r.

Zebranie BTR
1 luty 2019r. - harmonogram wyjzadów na 2019r.

Piskory 14.10.2018r.
14.10.2018 - niedzielna wycieczka do rezerwatu Piskory

Spoczywaj w pokoju Marianie
28 września 2018r.

Roztocze - Susiec
20-23 września 2018r.

Kotlina Kłodzka
30.07.2018-6.08.2018

Pojezierze - Wytyczno
31.05-03.06.2018

Niedzielna wycieczka
2018.05.20


 
Zamknij x
W ramach naszej strony stosujemy pliki cookies w celu świadczenia usług na najwyższym poziomie, dzięki czemu dostosowuje się ona do Państwa indywidualnych potrzeb. Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień cookies oznacza, że będą one zamieszczane w Państwa urządzeniu końcowym. Więcej informacji znajduje się w naszej Polityce cookies.
ofirmie aktualnosci galeria trasy trasy netline